Skip to content Skip to footer

“A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się; wybiegł naprzeciw niego…” Łk 15. 20b

„Powrót syna marnotrawnego” to dzieło Rembrandta zainspirowanego Jezusową przypowieścią, zapisaną przez św. Łukasza w rozdziale 15, wiersze 1-2 i 11-32, a dokładniej ilustracją tego, co zapisano w wierszach 20b-21. Obraz nie jest wyłącznie owocem jednorazowego aktu artystycznej wyobraźni. Rembrandt poświęcił mu sześć lat w ostatnim okresie swojego życia. Dzieło powstawało przez ciągłe powroty do głównego tematu, na medytacji jego treści i konfrontację z życiem własnym i innych, tu i teraz. Nie mamy tu do czynienia z prostym zobrazowaniem wydarzenia z przeszłości, ale z owocem głębokich przemyśleń teologicznych malarza.

Malarz umieścił na obrazie sześć osób, z których jedna zajmuje centralne miejsce, jest centrum przedstawionych na obrazie relacji i to we wszystkich możliwych wymiarach. Tą postacią jest OJCIEC. Bez niego nic by się nie wydarzyło. Nie byłoby wyjścia i powrotu, łez żalu i łez radości, nadziei, przebaczenia, dojrzałości i oczekiwania na dorosłość. Jest tu obecna jeszcze jedna osoba, siódma, w pierwszej chwili niewidoczna, ale obecna i zaangażowana – widz, czyli Ty.

Rembrandt tak skomponował obraz, aby każdy, kto się do niego zbliży, chcąc nie chcąc stał się uczestnikiem przedstawionego wydarzenia.

Widz ma zarezerwowane uprzywilejowane miejsce: blisko ojca, na wyciągnięcie ręki, z możliwością spojrzenia mu w twarz, w oczy. Co więcej, oczy patrzącego na obraz znajdują się na wysokości oczu Syna marnotrawnego. Zauważmy, że głowa syna spoczywa na łonie i sercu ojca. Matka ujęłaby jego twarz w swoje ręce i obsypała pocałunkami. Ojciec przytula syna do serca. To jest „ojcowskie łono”. Tu „rodzą się dzieci”, ponieważ tak mężczyzna, mąż, staje się ojcem — przytulając do serca dziecko. Wydaje się, że w przedstawionej na obrazie scenie, na razie pomiędzy ojcem i synem wszystko zostało powiedziane i niewypowiedziane. Obaj trwają w objęciu, uścisku, przytuleni do siebie, wsłuchani w bicie serc. Jednak to ręce ojca tulą syna. Ojcowskie ręce, które nie przestają być mocne, męskie (lewa dłoń) są jednocześnie delikatne, jak dłoń najczulszej kobiety (prawa dłoń). Czas się zatrzymał i trwa cisza pełna wzruszenia, zdumienia, jeszcze niezburzona myślami i głosami innych.

Jesteśmy świadkami, jak duże dziecko staje się synem. Dojrzewa jak najszlachetniejsze wino w bukłaku. Nic nie sprawia większej radości ojcu niż dziecko postępujące na drodze ku dojrzałości, a ostatecznie do stania się — ojcem.

Ojciec na obrazie Rembrandta ma obnażoną głowę, jak postać sługi w tle. Zupełnie inaczej wygląda drugi syn i postać obok niego. Strój, ma podkreślać to, kim są, ale w rzeczywistości, przynajmniej w odniesieniu do jednego z nich, tę prawdę ukrywa.

Mieniąca się czerwienią tunika przywodząca na myśl krew, miłość, królewskość, okrywa plecy ojca, spadając na ramiona, daje także schronienie synowi. Wydaje się jednak być nałożona na odwrót jakby w pośpiechu, bez oglądania się na etykietę.

Strumień światła oświetla stroskaną jeszcze twarz ojca, współczującą, pełną dobroci, przedwcześnie postarzałą, nic tak mocno nie rzeźbi twarzy, jak cierpienie. To samo światło rozjaśnia czoło ojca. Od dawna w malarskich przedstawieniach, zwłaszcza na ikonach i mozaikach jest to znakiem mądrości.

Zapewne kąt patrzenia i światło wywołują wrażenie, jakby jedno oko ojca było skierowane gdzieś w dal, tam skąd przyszedł syn, w przeszłość, a drugie spogląda w dół, do wnętrza, ogarniając spojrzeniem ukrytą na jego piersi głowę syna. To spojrzenie ma uzdrawiającą moc, przenika do głębi jestestwa, usuwa wszelkie zarazki leku, rozpaczy, samo osądzania się, przywraca godność. Jednocześnie ma się nieodparte wrażenie, jakby były to oczy ślepca. Może są po prostu nadwyrężone nieustanym wyglądaniem czy syn wraca. „Nie widząc” nędzy syna, widzi doskonale, kim on naprawdę jest. Czasami i my, aby zobaczyć, winniśmy zamknąć oczy.

Ojcowska miłość okazuje się prawdziwą miseri-cordią, miłością okazaną ubogiemu.

Skupieni na postaciach możemy zapomnieć zapytać, gdzie ma miejsce spotkanie ojca z synem. Poszukiwanie odpowiedzi na to odsłania jeszcze inną prawdę. Nie dzieje się ono w ogrodzie (raj), który być może symbolizuje roślinność w tle, potworek na drzewie (rzeźba nieprzyjaciela) i drzewo o liściach figowca. Ojciec nie wydaje się stać w progu domu. Ojciec przychodzi z ciemności, w której pogrążone są pozostałe postacie. Wydaje się, jakby po wyjściu syna, w domu nie pozostał nikt, czekając, aż on wróci, wyglądając. Wydaje się, jakby dom przestał być domem, pozostając mieszkaniem. Będzie nim na nowo, gdy będą znowu razem, gdy wejdą do wnętrza wszyscy razem, wszyscy albo nikt (fratelli tutti). Strumień światła, wschodzącego słońca, padający od strony widza oświetla drogę i syna, wskazując mu drogę do domu.

Dom nie znajduje się tam, gdzie jego istnienia się domyślamy. Dom bowiem to nie tylko cztery ściany. Dom to miejsce, gdzie każdy będąc dzieckiem, synem, córką, ojcem czy matką jest kochany, zawsze chciany, szczerze oczekiwany i ma w nim swoje miejsce. Tym domem dla syna i dla nas jest OJCIEC i jego ojcowska miłość. (cdn.)

Ojciec „miał dwóch synów” (Łk 15,11), starszego i młodszego.

Na obrazie młodszy syn klęczy, przytulając się do łona ojca, z twarzą odwrócona ku swojemu bratu. Ma twarz wyrażającą ból, cierpienie, żal i ukrytą nadzieję skruszonego serca. Zasłuchany w to, co teraz powie Ojciec, na próżno oczekuje nagany za to, że odszedł, za to, że roztrwonił, ale przede wszystkim, że zranił miłość ojca swoim odejściem. No właśnie! Odszedł, a nie uciekł.

Marnotrawny syn na obrazie Rembrandta nie patrzy w oczy brata, podobnie jak nie patrzy w oczy ojca. Jest bezbronny jak dziecko, które zraniło się i wraca w objęcia rodzica, aby ukoił jego ból i strach. Jego ozdobna, znoszona tunika ma widoczne duże rozdarcia na plecach, podtrzymuje ją zwykły powróz, a nie ozdobny pas zamożnego współdziedzica, mocno przyciskając do ciała jedyny element odzieży, który ma na sobie. Z jednej stopy spadł mu but. Ze zdziwieniem dostrzegamy, że buty musiały być założone na opak. Pomylił się, zakładając je i nie dostrzegł tego? Ciekawe, że ojciec też jest boso! Sandały są tak zniszczone, że zapewne nie ma znaczenia, który sandał, na którą nogę został założony. Do pasa ma przyczepioną pochwę od ozdobnego sztyletu noszonego dawniej jako znak godności i bogactwa, a teraz widać wystającą z niej rękojeść zwykłego pasterskiego noża.

Wyszedł z domu młody, bogaty, pewny siebie, szukając wolności, szczęścia i siebie. Powrócił biedny, postarzały, z twarzą i sercem porysowanym cierpieniem, wyzwolony z przekonania o własnej samowystarczalności.

Odejście i powrót syna marnotrawnego dokonały się na płaszczyźnie materialnej, duchowej i religijnej. Pouczające jest prześledzenie tej drogi, a zwłaszcza dotarcie do punktu, który Anglicy nazywają point of no return – miejsce, z którego nie ma powrotu. Na jego ślad natrafiamy w przypowieści opowiedzianej przez samego Pana Jezusa. Powrót zaczął się, gdy „wszedł w siebie/zastanowił się”, czyli zatrzymał się, wyciszył emocje i zaczął się zastanawiać, medytować. Wejście w siebie było modlitwą. W przypowieści pojawia się bowiem słowo „zgrzeszyłem przeciw Bogu i przeciw tobie”. Nie tylko przeciw ojcu, ale i Bogu (Ojcu Jezusa Chrystusa, który opowiada tę przypowieść). Grzech to rzeczywistość teologiczna, związana z Bogiem i nawróceniem. Gdzieś tam, w dalekiej krainie, na dnie swojej ludzkiej, materialnej, duchowej i religijnej biedy otworzyły mu się oczy i zobaczył wyciągniętą rękę ojca i własny dom w zupełnie nowym świetle. To wtedy zaczął się nowy etap w jego życiu — droga powrotna. Droga prowadząca od bycia „dla siebie” do „bycia z” Ojcem, z bratem, z bliźnimi. Patrzący na obraz widz, zostaje zaproszony do stania się uczestnikiem drugiego wejścia – tym razem „wejścia w głąb” miłosiernej miłości ojca. To nie ostatni akt jego drogi ku pełnej dojrzałości, której katalizatorem jest — ojciec. Nie ma już jednak dystansu, odległości w stosunku do ojca, jest za to bliskość, nowa zażyłość, czułość, poczucie bycia w domu, który nie jest już dłużej miejscem, które pragnie się opuścić. Gdy włączymy wyobraźnię i „zastosujemy” wszystkie zmysły to zobaczymy, usłyszymy, poczujemy jak wiele miłości, emocji i radości jest w przedstawionej scenie, o czym Jezus opowie w innym miejscu, posługując się obrazem pasterza i odnalezionej owcy.

Starszy syn fizycznie nie opuścił domu, ale duchowo jest nieobecny. W biblijnej przypowieści pojawia się jako ktoś, kto jest poza domem. Na obrazie stoi wśród obcych, a nie w gronie domowników. Jest tym, kto odmawia wejścia do domu. W jego wypowiedziach nie pojawia się słowo „dom”. Od domu i od ojca dzieli go dystans fizyczny i dystans niezrozumienia.

Starszy syn stoi poza kręgiem światła, w którego centrum wybrzmiewa radość ojca i młodszego syna, jego brata. Strumień światła, ten sam, który oświetla ojca i młodszego syna, pada na jego twarz i ręce, odbija się, ale światło jest jakby przytłumione.

Starszy syn stoi wyprostowany, nieporuszony, na progu domu, który jest dla niego warsztatem i miejscem znoju, nie przyjmuje tłumaczenia ojca, że wszystko jest jego, że jest ukochanym dzieckiem. Na sobie ma bogate szaty, płaszcz spięty szykowną klamrą, na nogach solidne buty (ojciec jest boso), a na głowie finezyjnie zawinięty turban. Nie wygląda na kogoś, komu ojciec czegokolwiek odmawiał ani na kogoś, kto pracował ciężko na polu. Ręce oparte na ozdobnej lasce są zaciśnięte, zamknięte. Ramiona przylegają ściśle do ciała. Jego twarz jest niewzruszona, spojrzenie surowe, oceniające, osądzające, „niewidzące”. Ma postawę zdystansowanego sędziego. Nie rozumie ojca i nie „widzi” brata. W Jezusowej przypowieści mówi o nim „twój syn”. Oskarża nie tylko brata, ale i ojca. Na obrazie, za jego plecami jest zarys roślinności, ogrodu i głowicy kolumny z jakąś dziwną nieludzką postacią. Może jest to nawiązanie do historii kuszenia Kaina. Wszyscy jesteśmy kuszeni do osądzania, wydawania wyroków na innych, nieprzebaczenia.

W Jezusowej przypowieści starszy syn pojawia się na scenie po raz pierwszy jako ktoś będący „w drodze”. Jego droga wcale nie wydaje się zapowiadać ani na łatwą, ani na krótszą. Jest to droga poznania, przebaczenia i pojednania i jak w przypadku jego młodszego brata od egoizmu do troski o innych a w konsekwencji do stania się — ojcem. Czy starczy mu odwagi, by ją przebyć, nie zatrzymując się i nie zamakając w bezpodstawnych pretensjach i żalu?

W przypowieści, z której autor „Powrotu syna marnotrawnego” czerpie natchnienie, mamy do czynienia z aktami dramatu na podobieństwo sztuki teatralnej. Pierwszy akt dramatu to oczywiście odejście młodszego syna, jego powrót, pojednanie z ojcem oraz spotkanie ze starszym bratem, do którego nie doszło (nie zamienili ani słowa), lecz słuchacz przypowieści jest zaproszony do wyobrażenia sobie jego przebiegu. Podobnie jest na obrazie. Mamy pierwszy plan, drugi i kolejne oraz związane z nimi postacie ze swoją przeszłością. Strumień światła pada na ojca, klęczącego syna oraz jego starszego brata a rozpraszając się, oświetla innych uczestników wydarzenia: kobietę stojącą w pewnym oddaleniu za plecami ojca, sługę zawadiacko przyglądającego się scenie i nam (widzom) oraz postać siedzącego mężczyzny z ciemnym zdumiewająco współcześnie skrojonym nakryciem głowy.

Kim jest kobieta wychylająca się z cienia? Służącą? Zapewne nie matką, ponieważ ta jest obecna symbolicznie w niewieścim kształcie prawej dłoni ojca. Jest też za młoda. Stoi za ojcem, ale w pewnej odległości. Ma twarz współczującą. Jest zbyt dobrze ubrana jak na służącą. Na głowie ma czepek i naszyjnik z czymś, co błyszczy w ciemności. Co trzyma w lewej ręce? Może jest to szata, po którą posłał ojciec? Jej prawa dłoń powtarza gest prawej dłoni ojca. Wskazuje palcem na ojca i klęczącego syna, ale jej zatroskane spojrzenie pada w przestrzeń pomiędzy ojcem a starszym synem, jakby wskazując na dystans pomiędzy nim a ojcem i bratem. Jej spojrzenie obejmuje także nas. Martwi się tym, co powie i co zrobi starszy syn oraz my? Dramat rozgrywający się przed naszymi oczami ma swoje reperkusje dalej i szerzej niż to co tu i teraz. Odejście marnotrawnego syna dotknęło nie tylko ojca i brata. Odczuła to cała rodzina, kobiety i mężczyźni, krewni, przyjaciele, koledzy, znajomi. Podobnie jego powrót i to, co się teraz dzieje, naznaczy ponownie ich losy. Postać w oddali przypomina, że wydarzenie ma wiele wątków, ma swoją przeszłość i będzie miało swój dalszy ciąg. Jednak zawsze jego głównymi bohaterami są ojciec i jego synowie.

Postać młodzieńca opartego o mur ozdobnego portalu wynurza się z cienia. Na wysokości jego głowy widnieje płaskorzeźba przypominająca satyra lub fauna, bożka z rzymskiej mitologii, którego noga trąca go. Młodzieniec robi wrażenie, jakby przed chwilą się zjawił zaintrygowany usłyszanymi głosami lub wezwany głosem starszego syna. Ma wesołkowatą twarz i wygląd człowieka zdystansowanego, niezdecydowanego, jakie zająć stanowisko, wobec tego, co się dzieje. Spodziewa się widowiska? Oczekuje dobrej zabawy? Ma na sobie bardzo współcześnie wyglądający strój. Jest jedyną postacią na obrazie, która patrzy wprost na widza, jakby od niego chciał się dowiedzieć co myśleć i jak się zachować.

Ostatnią postacią, na której chciałbym się skupić w tych rozważaniach, jest człowiek w ciemnym kapeluszu. Musi to być ktoś znany starszemu synowi i ojcu, co więcej, ktoś pozostający w zażyłych relacjach z nimi. Sługa, a nawet wolny zarządca majątku nie pozwoliłby sobie na to, aby siedzieć, gdy gospodarze miejsca stoją. Kim jest ta tajemnicza postać mężczyzny na obrazie, tak odbiegająca ubiorem i postawą od innych postaci, tak zwracająca na siebie uwagę? Kolegą starszego syna? Uczestnikiem jego zabaw? Przyjacielem? Jednym z nas? Jest mu zdecydowanie bliżej do dwóch już omówionych postaci niż do ojca i synów.

Mężczyzna jest skromniej ubrany niż ojciec i starszy syn, ale za to strój ma wyszukany, ekstrawagancki. Nie ma brody, znaku męskiej dojrzałości, ale za to nosi zawadiacko zakręcone wąsy. Siedzi, lekko pochylony, z nogą założoną na nogę. Rembrandt namalował go tak, że jest jednocześnie zwrócony do ojca, do marnotrawnego syna i do widza. W pierwszej chwili wydaje się, jakby był tu jeszcze jednym, zdystansowanym obserwatorem, który nieoczekiwanie znalazł się w kłopotliwej i niezręcznej sytuacji rodzinnej. Twarz ma skupioną, zamyśloną. Trudno powiedzieć, czy patrzy na ojca, czy na widzów, czy w głąb siebie. A może na jedno i drugie. Jak długo tu jest? Zmęczył się czekaniem? Prawą rękę ma zgiętą w łokciu tak, że zaciśnięta dłoń spoczywa na sercu. Bije się w pierś czy tylko jej dotyka? Uspokaja serce wzruszone tym, co widzi? Przypomniał sobie coś i żałuje? Jest także synem marnotrawnym? Ma syna, który jak ten przed nim, zagubił się? Na obrazie znajduje się ramie w ramie ze starszym synem, a jednocześnie fizycznie jest bliżej ojca. Coś zaczyna się w nim dziać pod wpływem tego, co widzi. Co widzi?

Przypowieść, z której czerpał artystyczne natchnienie Rembrandt, została opowiedziana przez Pana Jezusa w odpowiedzi na pełne pretensji pytania faryzeuszów i uczonych w Piśmie (por. Łk 15, 1-3), którzy zarzucali Mu, że nie postępuje według tradycji starszych. Jezus odpowiada na ten zarzut w przypowieściach, wskazując, że tak postępuje, ponieważ tego nauczył się od swego Ojca. Jedna z tych przypowieści, a w niej historia syna marnotrawnego, mocno poruszyła Rembrandta. I nic w tym dziwnego. Jest to przypowieść o dojrzewaniu, o popełnionych błędach zawinionych i niezawinionych, o refleksji nad sobą, o przebaczeniu i pojednaniu, o zamknięciu serca i uporze, o duchowym umieraniu i zmartwychwstaniu, ale przede wszystkim o specjalnej pedagogii pełnego miłości Boga Ojca, który pragnie, abyśmy będąc wszyscy Jego dziećmi, stali się także ojcami, to znaczy umieli kochać miłością, która zapomina o sobie. Rembrandt, malując „Powrót marnotrawnego syna”, pragnął, abyśmy, kontemplując jego dzieło, przestali być obserwatorami a stali się uczestnikami spotkania z Bogiem Który Jest Miłością ujawniającą się najpełniej w słowach i czynach Pana Jezusa Chrystusa. Mam nadzieję, że przedstawione rozważania, które żadną miarą nie roszczą sobie prawa do bycia jedyną, prawdziwą, ani wyczerpującą interpretacją omawianego arcydzieła, w tym pomogą.

Henryk Droździel SJ